Janusz Marszalec: AK to prawdziwe wojsko, chociaż bez garnizonów

14 lutego minęło 70 lat od przekształcenia Związku Walki Zbrojnej w Armię Krajową. Rocznica ta skłania do refleksji nad fenomenem tej organizacji, historią okupacji i badaniami nad nią. Kwestie te poruszyliśmy w rozmowie z dr. Januszem Marszalcem, zastępcą dyrektora Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Tomasz Leszkowicz: Już w szkole, ucząc się o AK, młodzież dowiaduje się, że był to fenomen na skalę całej okupowanej Europy. Rzadko zastanawiamy się nad sensem tego stwierdzenia. Na czym polegała ta niezwykłość?

Janusz Marszalec – historyk dziejów najnowszych, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W 1998 r. obronił rozprawę doktorską pt. Ochrona bezpieczeństwa i porządku publicznego w powstaniu warszawskim, pisaną pod kierunkiem prof. dr hab. Tomasza Strzembosza, której książkowe wydanie nagrodzone zostało m.in. Nagrodą Historyczną „Polityki” i Nagrodą „Klio”. W latach 2000-2008 r. pracownik Biura Edukacji Publicznej IPN. Zajmuje się problematyką konspiracyjną w czasie II wojny światowej (ze szczególnym uwzględnieniem AK, GL i AL.) oraz historią aparatu bezpieczeństwa PRL i opozycji antykomunistycznej. Autor haseł w Wielkiej Ilustrowanej Encyklopedii Powstania Warszawskiego i Atlasie polskiego podziemia niepodległościowego 1944-1956 (pod red. R. Wnuka) oraz współautor książki To nie na darmo. Grudzień `70 w Gdańsku i Gdyni. Jest także reżyserem i autorem scenariusza filmu dokumentalnego Pamiętajcie Grudzień. Od 1 grudnia 2008 r. zastępca dyrektora Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku (fot. Mateusz Nasternak/Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku)

Janusz Marszalec: W trakcie szkolnej edukacji wpaja się, że AK to największa i najdzielniejsza armia podziemnej Europy. Ten bardzo powszechny przekaz nie jest jednak ścisły. Mówiąc wprost, niezbyt chętnie pamiętamy o męstwie innych narodów, a tym bardziej nie chcemy oddać pierwszeństwa w dzielności, którą narodowa duma zarezerwowała dla naszej nacji. Co do liczebności, to tym bardziej nie jesteśmy pierwsi, bo partyzantów sowieckich i jugosłowiańskich zmobilizowało się w okresie wojny więcej. Jest jednak coś co wyróżnia Armię Krajową i pozwala rzeczywiście nazwać ją wielkim fenomenem. To przede wszystkim fakt, że mimo swego podziemnego charakteru była ona integralną częścią Sił Zbrojnych, pod względem prawnym równoważną tym oddziałom, które walczyły poza granicami Polski. Ta ochotnicza i konspiracyjna armia nie miała garnizonów i dopiero w 1944 r. przeszła do walki powstańczej. Druga rzecz to forma prowadzonej walki, która uwzględniała wszystkie możliwe jej odmiany – od walki propagandowej (niespotykana gdzie indziej akcja „N”!), wywiadowczej, wreszcie zbrojnej.

Gdybyśmy podkreślali tylko jej „rządowy” i formalny charakter, nie wyczerpalibyśmy definicji fenomenu. AK była w sensie społecznym czymś więcej niż wojskiem. Bez obawy o przesadę należy widzieć w niej również wielką formację ideową, a także swego rodzaju grupę nieformalną, skupiającą tysiące przyjacielskich-koleżeńskich zespołów, uformowanych na kształt militarny, ale związanych silnymi więzami koleżeństwa i przyjaźni. Takie zespoły gotowe były narażać życie swoje i niejednokrotnie życie swoich bliskich dla sprawy i umierać w obronie towarzyszy – właśnie dlatego jednym z najważniejszych i najbardziej spektakularnych działań AK było odbijanie uwięzionych przez Niemców członków organizacji, czego najbardziej znanymi przykładami są akcja pod Arsenałem w Warszawie w marcu 1943 r. czy akcja por. Jana Piwnika „Ponurego” w styczniu 1943 r., zakończona rozbiciem więzienia pińskiego i uwolnieniem aresztowanych żołnierzy „Wachlarza”. To, że armia ta nie wygrała wojny, a mimo to przeszła do legendy, jest już inną sprawą…

Czy w czasie II wojnie światowej istniały gdziekolwiek podobne, tak rozbudowane struktury podziemne?

Były silne i liczne partyzantki, ale nigdzie nie było tak ukształtowanego organizmu wojskowego i społecznego, który można nazwać armią, zbrojnym ramieniem konstytucyjnej władzy szanującej demokratyczne standardy, skupiającym obywateli bez względu na przekonania polityczne. Partyzantka sowiecka choć była „propaństwowa”, zbudowana została na totalitarnym fundamencie. Inne europejskie komunistyczne partyzantki (np. grecka czy jugosłowiańska) są kopią sowieckiego wzoru, albo de facto wojskówkami partyjnymi.

Czy w wypadku AK widoczne są inspiracje dawniejszymi instytucjami konspiracyjnymi, np. Polską Organizacją Wojskową?

Oczywiście! Powstające od jesieni 1939 r. organizacje konspiracyjne musiały opierać się na wzorcach z lat wcześniejszych. Najbliższym był im okres odbudowy państwa polskiego, a więc czas, kiedy działała Polska Organizacja Wojskowa. Jej struktura i aktywność inspirowały twórców organizacji konspiracyjnych, wyrastających jak grzyby po deszczu od pierwszych dni okupacji. Pamiętajmy, że przystępowali do nich również ci, którzy nie tylko pamiętali POW z lekcji szkolnych, ale byli jej członkami. Starzy peowiacy niejednokrotnie sami inicjowali zawiązywanie komórek konspiracyjnych. Większe znaczenie dla zawiązującej się konspiracji miały jednak przygotowywane przed wojną przez Oddział II struktury tzw. dywersji pozafrontowej, która miała prowadzić dywersję na terenach zajętych przez wroga. Rzecz jasna, ta sieć w czasie zawieruchy wojny 1939 r. została porwana, ale to na niej tworzyły się zręby co najmniej kilku silnych organizacji, które następnie scaliły się z ZWZ-AK.

Mówiąc o inspiracjach w konspirowaniu nie możemy zapominać, że klasycznym wzorcem dla ludzi Polski Walczącej było Tajne Państwo Polskie z okresu powstania styczniowego. Twórcy Polskiego Państwa Podziemnego czuli tę łączność ideową, a pożywką dla partyzantki była legenda partyzanckiej wojny z lat 1863-1864. Te romantyczne sentymenty wspomina bohater opowiadań Jana Józefa Szczepańskiego – por „Szary”, literacki odpowiednik samego autora, który był partyzantem AK.

Casus powstania styczniowego i polskie skłonności do konspirowania uważnie studiowali Niemcy i to jeszcze przed najazdem Polski, obawiając się partyzanckiej ruchawki już w okresie regularnych działań wojennych. Z tego zresztą wynikała ich obsesja w tropieniu rzekomych i prawdziwych aktów dywersji. Skutkowało to terrorem, który uderzał w żołnierzy (casus zbrodni na jeńcach WP w Ciepielowie) i cywilów, posądzanych o organizowanie oporu na zapleczu armii czy strzelanie w plecy żołnierzy Wehrmachtu.

Żołnierze ze zgrupowania AK „Kampinos” (ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 37-1260-3).

Na ile akcja scaleniowa innych organizacji podziemnych z AK przebiegała pomyślnie? Skąd brały się związane z nią konflikty?

Generalnym założeniem „polskiego Londynu” oraz dowódców ZWZ-AK było połączenie w ramach AK – czyli wielkiej krajowej (nie „narodowej”) armii o obywatelskim obliczu tych wszystkich, którzy respektowali polską rację stanu. Chodziło o formacje zbrojne – te partyjne, jak i te tworzone bez specjalnego zamysłu politycznego – po to by walczyć o wolną Polskę. Z tymi ostatnimi nie było większego problemu, bo w naturalny sposób szukały one kontaktu z „czynnikami miarodajnymi”, jak się wówczas mówiło. Ambitne i rozpolitykowane wojskówki partyjne niechętnie podporządkowywały się rozkazom ZWZ-AK. Mimo, że akcja scaleniowa z racji ambicji różnych grup i osób nie mogła być doprowadzona do końca, jej ostateczny bilans był imponujący. W wielki nurt AK wpłynęły, podporządkowując się KG AK, setki organizacji, grup i oddziałów lokalnych i ponadlokalnych, w tym partyjne „wojska” PPS-WRN czy ruchu ludowego – Bataliony Chłopskie. Ta część NOW, która nie scaliła się z AK utworzyła Narodowe Siły Zbrojne, nie uznając autorytetu Delegatury Rządu i Komendy Głównej AK, choć nie podważając legalności rządu w Londynie.

Organizacje podporządkowujące się AK wnosiły nie tylko tysiące nowych żołnierzy, lecz również swoje wizje Polski, ideały, przyzwyczajenia organizacyjne czy zwykłe ambicje i polityczne uprzedzenia. Armia stawała się przez to prawdziwą „armią krajową”, ze wszystkimi tego konsekwencjami, również negatywnymi.

Co wiemy o stosunkach panujących między Armią Krajową a podziemiem komunistycznym? W jakim stopniu dalej ulegamy pewnej mitologizacji?

Jest to ciekawy temat, ciągle słabo zgłębiony… Sporo wiemy już o stosunku władz AK i Polskiego Państwa Podziemnego do komunistów, ale sytuacja na prowincji – zwłaszcza stosunki pomiędzy strukturami AK i oddziałami partyzanckimi a PPR-GL-AL jest zupełnie niezbadana! Skoro nie prowadzi się solidnych badań, muszą rodzić się uproszczenia, a obraz rzeczywistości spłaszcza się. Na przykład coraz częściej mówi się o wzajemnym zwalczaniu się partyzantek, czy braku akceptacji oddziałów komunistycznych przez ogół społeczeństwa. Było różnie – znane są przykłady współpracy jak i okrutnej rywalizacji.

Czy zgodzi się Pan z opinią, że w ostatnich latach polskie badania nad okupacją przeżywają pewien zastój? A może już po prostu wszystko wiemy?

Zgadzam się z tezą, że historyków zajmujących się intensywnie dziejami okupacji nie przybywa, a przynajmniej nie w takim tempie, który gwarantowałby stały i widoczny postęp naukowy. Jest to wbrew pozorom trudna dziedzina historii najnowszej, wiążąca się z długimi kwerendami archiwalnymi i koniecznością penetrowania nowych zasobów – przede wszystkim niemieckich i rosyjskich, co z kolei wiąże się ze znajomością języków. Młody historyk, gdy ma do wyboru badać dzieje okupacji czy dzieje komunistycznego aparatu bezpieczeństwa wybiera często to drugie, bo może skoncentrować wysiłki poszukiwawcze w łatwo dostępnych archiwach IPN i w stosunkowo krótkim czasie obronić doktorat i napisać książkę. Poza tym wojna stała się mniej popularna w naszym środowisku, bo w latach 90. i na początku XXI wieku trzeba było nadrabiać zaniedbania w innych dziedzinach – choćby w badaniu dziejów podziemia antykomunistycznego czy właśnie wspomnianego aparatu bezpieczeństwa. Przyczyn słabnięcia zainteresowań kompleksowym i systematycznym badaniem okupacji jest zresztą więcej.

Mimo tego pesymistycznego obrazu jest przecież w naszym kraju grono wybitnych znawców tematu, są młodzi badacze, którzy postawili sobie za cel drążenie tematów wojennych, jest wreszcie silne grono historyków niemieckich, które mówi, czyta i pisze po polsku, bada nasze archiwa, mając swoje – niemieckie na wyciągnięcie ręki.

Rok temu przez kraj przetoczyła się dyskusja o Egzekutorze Stefana Dąmbskiego, jako książce pokazującej ciemną stronę AK. W ostatnich dniach kontrowersje budzi wyrzucenie ze Światowego Związku Żołnierzy AK kombatanta, który nazwał swojego dowódcę zbrodniarzem. Czy Pana zdaniem to zapowiedź jakiejś trwałej zmiany w dyskusji o Armii Krajowej?

Przykład Egzekutora to przyczynek do uzmysłowienia sobie, że wojna to nie jest harcerska przygoda. Autor, nawet jeśli koloryzował, przeniósł nas w świat brutalnej rzeczywistości, którą znamy również z innych źródeł, w większości niepublikowanych. Dalekie są one od wniosków Aleksandra Kamińskiego, który opisywał harcerskie środowisko „Zośki” i „Parasola”, z całych sił opierające się wojennej demoralizacji. Nie wszyscy mieli taką siłę i takich dowódców. Naiwnością byłoby więc wierzyć, że AK to armia rycerzy bez zmazy i skazy. Nawet patriota mógł popełnić zbrodnię. Przykład wsi Rędziny-Borek, gdzie połączone siły miechowskiej dywersji „zlikwidowały” (a dokładnie zamordowały) 6 ukrywających się Żydów jest na to najlepszym przykładem. Wojna jest jeszcze straszniejsza niż opisał to Kamiński, bo oprócz bohaterów ginących za ojczyznę są również ci, którzy żyją i muszą rozstrzygać straszne dylematy: zabić kolegę na rozkaz dowódcy czy np. wziąć ubranie zabitego konfidenta dla swoich bliskich? Najlepiej opisał je w swych opowiadaniach żołnierz AK Jan Józef Szczepański. Uważny czytelnik Butów czy Wszarza odnajdzie w nich zdziczenie i straszną konieczność dokonywania wyborów, które niszczą duszę człowieka. Ale i ten obraz byłby zbyt płaski, bo w opowiadaniach (dokładnie w jego pamięci), mimo upodlenia wojną, ludzie – przynajmniej niektórzy – zachowują wiarę w podstawowe prawdy i powinności.

Ciała żołnierzy ze Zgrupowania AK „Ponury” operującego w Górach Świętokrzyskich poległych w czasie obławy niemieckiej (ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 37-1289).

Pyta Pan czy jest szansa na zmianę dyskusji o AK? Odpowiadam: tak, ale trzeba wstać z kolan i pisać jak było, mając w pamięci słowa prasy konspiracyjnej, która ostrzegała przed demonami wojny – tu cytat: żądzą krwi i rabunku. Świadomość potrzeby spojrzenia na naszą bohaterska historię z innej strony nie jest propozycją nową. Badania takie inicjował przecież już 10 lat temu Tomasz Strzembosz, redagując tomik studiów o bandyceniu się partyzantki.

Jak Pana zdaniem, jako muzealnika, powinno się opowiadać obcokrajowcom o Armii Krajowej i okupacji w Polsce?

Narracja muzealna rządzi się swoimi prawami. Historyk piszący książkę jest w komfortowej sytuacji zestawiając fakty i tłumacząc szeroko ich tło. Muzealnik posługuje się najczęściej przykładem, formułuje obraz skrótu, czasami przenośni, niepozbawiony emocji. Takie modelowanie historii o przeszłości ma swoje wielkie zalety, bo obraz może być wówczas wyrazistszy. To co chcemy osiągnąć w naszym Muzeum to efekt zaskoczenia – obcokrajowcy mają poprzez porównanie z bliskimi im przykładami europejskimi – poznać fenomen Państwa Podziemnego i Armii Krajowej. Jeżeli opuszczą Muzeum z przekonaniem, że AK była nie tylko prawdziwym wojskiem bez garnizonów, ale też przyjacielskim i jednocześnie obywatelskim sprzysiężeniem, będziemy usatysfakcjonowani.

Tomasz Leszkowicz:

Studiuje historię w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Absolwent LO im. gen. Mariusza Zaruskiego w Węgorzewie. Były członek Zarządu Studenckiego Koła Naukowego Historyków UW. Specjalizuje się w historii dwudziestego wieku (ze szczególnym uwzględnieniem PRL), interesują go też dzieje Niemiec i historia wojskowości. Z uwagą śledzi zagadnienia związane z tzw. polityką historyczną (dawniej i dziś). Członek redakcji merytorycznej „Histmaga” od października 2006 roku. Opiekun przeglądu imprez historycznych. Publikował także w „Mówią Wieki”, „Tece Historyka” oraz „Niepodległości i Pamięci”. Oprócz historii pasjonuje go muzyka (rock i poezja śpiewana), jest miłośnikiem kabaretów oraz książek Ryszarda Kapuścińskiego i Hansa Helmuta Kirsta.

[ więcej o autorze ]

http://histmag.org/?id=6378

Speak Your Mind

*