Jarosław Czubaty: Napoleon powiedział: „musicie zorganizować swoje państwo, a my musimy wygrać wojnę”

200 lat temu Napoleon I utworzył w Wilnie Komisję Rządu Tymczasowego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Był to kolejny krok w kierunku odtworzenia polskiej państwowości pod egidą cesarza Francuzów. O okoliczności tych wydarzeń i wizje odrodzonego Królestwa Polskiego zapytaliśmy prof. Jarosława Czubatego z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego.

Tomasz Leszkowicz: Panie Profesorze, wszyscy pamiętamy z Pana Tadeusza moment wkroczenia Napoleona na Litwę w 1812 r. i tamtejszy nastrój hurraoptymizmu. Jak ówczesna sytuacja wyglądała w rzeczywistości?

prof. dr hab. Jarosław Czubaty – historyk, specjalista w zakresie dziejów Polski i Europy przełomu XVIII i XIX w. Profesor w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Autor m.in.: Wodzowie i politycy. Generalicja polska lat 1806-1815 (Warszawa 1993), Rosja i świat. Wyobraźnia polityczna elity władzy imperium rosyjskiego w początkach XIX wieku (Warszawa 1997), Księstwo Warszawskie (1807-1815) (Warszawa 2011).

Jarosław Czubaty: Była ona o wiele bardziej złożona niż to zapamiętał, bądź po latach chciał przedstawić w swojej poetyckiej wizji Mickiewicz. Z całą pewnością istniały silne i wpływowe środowiska popierające orientację napoleońską. Trudno tu o jednoznaczną ocenę, jak te sympatie dokładnie się rozkładały. Z pewnością było wiele zaścianków takich jak zaścianek Dobrzyńskich, które gotowe były od razu wsiadać na koń i gromić Moskala. Hasła jednoczenia czy też odbudowy Polski pod egidą Napoleona cieszyły się też popularnością wśród średniego ziemiaństwa czy nawet przedstawicieli dawnych rodów magnackich.

Zarazem jednak wydaje się, że dość sporym poparciem, co najmniej do momentu wkroczenia Wielkiej Armii na Litwę, cieszyła się orientacja prorosyjska. Warto pamiętać, że w działania zmierzające do aktywnego poparcia Aleksandra I w tej wojnie z nadzieją, że obwoła się on królem Polski już od 1810-1811 r. zaangażowana była spora grupa znaczących przedstawicieli elity politycznej. Myślę tutaj o Tomaszu Wawrzeckim, Michale Kleofasie Ogińskim, Franciszku Ksawerym Druckim-Lubeckim, Kazimierzu Lubomirskim. To były znaczące nazwiska: Ogiński posiadał godność senatora Imperium Rosyjskiego, Wawrzecki był ostatnim Naczelnikiem powstania kościuszkowskiego, a na szczeblu lokalnym – Lubecki sprawował funkcję marszałka szlachty grodzieńskiej. Ich działania i opinie bez wątpienia nie pozostawały bez odzewu.

T. L.: Co odstraszało mieszkańców Litwy od poparcia Napoleona?

J. Cz.: Część szlachty na Litwie do odbudowy Polski pod egidą francuską zniechęcać mógł stan rzeczy w Księstwie Warszawskim, szczególnie w latach 1810-1811. Problemem była nie tylko nowa, obca konstytucja, wprowadzająca zasadę równości wobec prawa, ale też Kodeks Napoleona. Mniejsza już o te świeckie rozwody i małżeństwa, o których najczęściej się mówi, które oczywiście mogły wzbudzać pewien niepokój wielu przedstawicieli konserwatywnej szlachty. W większym stopniu liczyło się to, że kodeks aż do końca istnienia Księstwa Warszawskiego nie miał urzędowego tłumaczenia na język polski. Było kilka przekładów, lepszych bądź gorszych i cały czas powtarzano, że trzeba pracować nad oficjalnym tekstem. Chodziło tu przede wszystkim o spójność terminologii prawnej i dostosowanie jej do polskich realiów. Z tego właśnie powodu, ale także z braku dobrej znajomości kodeksu przez sędziów i urzędników (to było jednak potężne dzieło), wynikał kosmiczny bałagan w sądownictwie. Te dochodzące do zaboru rosyjskiego pogłoski mogły wywoływać wrażenie wzrostu roli urzędników, czego polska szlachta zawsze się obawiała. Podobne zaniepokojenie budziła fatalna sytuacja finansowa Księstwa.

Istnienie podobnych obaw potwierdza źródło literackie – w 1812 r., już po rozpoczęciu wojny, Jan Ursyn Niemcewicz, pisarz i sekretarz Senatu Księstwa publikował Listy Litewskie. Była to powieść w listach w charakterystycznej, osiemnastowiecznej konwencji. Miały one niezaprzeczalny wydźwięk propagandowy a część z nich była nastawiona na przełamywanie oporu, niechęci czy obaw przed Napoleonem i jego porządkami. Warto jednak zauważyć, że w momencie wkroczenia Wielkiej Armii znaczna część tych obaw została jakby usunięta na drugi plan. Może to oznaczać, że ci, którzy wiązali pewne nadzieje z Aleksandrem jako „zbawcą” Polski, w momencie gdy pojawił się konkurencyjny „zbawca”, a ten pierwszy stracił możliwości działania, po prostu przeorientowali się, zgodnie z zasadą, że liczy się odzyskanie państwa a nie droga do niego prowadząca.

T. L.: Kogo można uznać za najważniejszych przedstawicieli opcji napoleońskiej na ówczesnej Litwie?

J. Cz.: Są to bardzo różne postacie. Pamiętajmy, że część z nich znajdowała się już od kilku lat w Księstwie Warszawskim, w szeregach jego armii bądź też w pułkach polskich na żołdzie francuskim (jak np. Ludwik Michał Pac w pułku szwoleżerów gwardii). Być może większe wrażenie od znanych wielkich działaczy politycznych, jak Michał Prozor, wywierały uderzające i przyciągające wyobraźnię przykłady właśnie takich młodych ludzi, najczęściej z bardzo możnych rodzin, dysponujących jeszcze liczną klientelą z dawnych czasów, których życiowy wybór był pewną deklaracją polityczną. Wincenty Krasiński był tylko poddanym Fryderyka Augusta w Księstwie, ale też znaczącym posiadaczem ziemskim w zaborze rosyjskim. Dominik Hieronim Radziwiłł to spadkobierca Karola Stanisława „Panie Kochanku” (ze wszystkimi jego długami, ale i wpływami), a dom Radziwiłłów to na Litwie legenda. Podobnych im było wielu innych. Zwolenników orientacji napoleońskiej znajdziemy też wśród rodzącej się inteligencji litewskiej – w skład Komisji Rządu Tymczasowego powołanego w Wilnie wszedł rektor tamtejszego Uniwersytetu Jan Śniadecki.

T.L.: W jaki sposób funkcjonowała Komisja Rządu Tymczasowego Wielkiego Księstwa Litewskiego?

J. Cz.: To bardzo ciekawy problem, gdyż była to instytucja kolegialna, przez co nie przystawała do modelu zarządzania preferowanego przez Napoleona. Cesarz popierał kierownictwo jednoosobowe – pełne kompetencje i pełna odpowiedzialność. Tak było nie tylko w wypadku prefekta w departamencie, ale też marszałka w korpusie. Tutaj mamy do czynienia z wyraźnym nawiązaniem do tradycji Rzeczpospolitej. Przypomnijmy, że identycznie Napoleon postąpił w zaborze pruskim w 1807 r. tworząc Komisję Rządzącą. To bardzo podobne instytucje. Różniły się one tym, że w wypadku tej wcześniejszej nie bardzo było wiadomo czym rządziła – nie Polską, bo ta nazwa się wówczas nie pojawiła, a (jak to zostało sformułowane) „ziemiami na królu pruskim zdobytymi”. Tym razem wyraźnie powiedziano, że była to Komisja Tymczasowego Rządu Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jednoznacznie była tu mowa o odbudowie tworu, który nie istniał – nie powołał go do życia nawet Aleksander I, chociaż Lubecki z Ogińskim długo o to zabiegali.

Jest to więc ewidentna odpowiedź na to, co stało się w Warszawie po wkroczeniu Wielkiej Armii w granice litewskie. Sejm przekształcił się wówczas w Konfederację Generalną i ogłosił (o czym warto pamiętać) oficjalne przywrócenie Królestwa Polskiego. Tutaj został powołany de facto tymczasowy rząd litewski. Nie był on w pełni suwerenny, gdyż poddano go różnego rodzaju ograniczeniom, m.in. ze strony wojskowych władz francuskich czy intendentów. Kompetencje tych instytucji krzyżowały się i były bardzo skomplikowane.

Wielu uważa, że to bardzo zaszkodziło ich działaniom. Po części jest to prawda, lecz nie to było głównym źródłem kłopotów. Utworzenie Komisji było sygnałem, że tworzymy coś po myśli Polaków. Napoleona krytykuje się za chłodną odpowiedź, jaką udzielił delegacji Rady Konfederacji Generalnej, która przybyła do niego by zaprezentować mu uchwałę sejmową. To prawda, ale jeśli spojrzymy na konkrety, to one są widoczne: powstało Wielkie Księstwo Litewskie z mniej lub bardziej ograniczonymi w swych działaniach, ale własnymi władzami. Co więcej, władze te wkrótce uroczyście przystąpią do aktu konfederacji Księstwa Warszawskiego i nie było tu już mowy o odbudowie jakiegoś dualistycznego państwa – Litwa po prostu miała stać się częścią Królestwa Polskiego.

T. L.: Jak układały się stosunki władz polskich z wojskową administracją francuską?

J. Cz.: Nie najlepiej, ale jest to klasyczny przypadek władz cywilnych, które zderzają się z władzami wojskowymi i to bardzo różnorodnymi. Gubernatorzy francuscy, którzy dysponowali znaczną władzą administracyjną i wojskową, powinni byli ograniczać się do spraw ściśle militarnych, jednak tego nie czynili. W warunkach, jakie nastąpiły po wkroczeniu na Litwę Wielkiej Armii, wszystko, nawet produkcja mąki w jakimś konkretny młynie, było podporządkowane wojnie i to jest oczywiste. W tym momencie kompetencje różnych instytucji musiały się nakładać. Byli oczywiście jeszcze intendenci, czyli francuscy urzędnicy wojskowi, mający swoje wymagania w zakresie aprowizacji. Były wreszcie terenowe władze polskie, które powinny zajmować się tym samym. Istniały siły porządkowe związane z Wielką Armią ale też oddziały żandarmerii organizowane przez prefektów. Te kompetencje były jakoś uzgadniane, ale na to trzeba było czasu.

Co więcej, władze lokalne szybko popadały w konflikt z tymi przychodzącymi z zewnątrz. Powody były oczywiste – urzędnicy Napoleona chcieli jak najszybciej dostać jak największą ilości żywności, furażu, wozów i tego, co było potrzebne do szybkiego i sprawnego zorganizowania przemarszu Wielkiej Armii i aprowizacji. Polskie władze lokalne na Litwie musiały jakoś pogodzić żądania niesłychanie wymagającego sojusznika, z własnymi możliwościami działania oraz środkami, którymi dysponowali obywatele. Pamiętajmy, że były to w końcu władze, które tworzyła w zdecydowanej większości szlachta.

Namawiając okoliczną ludność do składania patriotycznych ofiar, dostarczania podwód czy wykonywania określonych świadczeń, działała ona wobec własnych sąsiadów. Znacznie większą swobodę miał intendent francuski, który przyjeżdżał pierwszy raz na Litwę, nikogo nie znał i żądał dostarczenia określonej ilości korców zboża czy wozów. I nie obchodziło go to, czy miejscowi będą to mogli zrobić czy nie. Prefekt był jednocześnie urzędnikiem napoleońskim i pochodził z danej okolicy, przez co poddawano go presji z obu stron. Prowadziło to do niesłychanie gwałtownych starć, których odbicie znajdziemy w raportach kierowanych przed władze lokalne do rządu w Wilnie.

T. L.: Czy wraz z rozwojem wojny i klęskami Wielkiej Armii zaczęła rosnąć niechęć szlachty do współpracy z Napoleonem?

J.Cz.: To złożone zagadnienie. Rabunki, jakich dopuszczali się maruderzy i maszerujące oddziały z pewnością osłabiały entuzjazm dla opcji napoleońskiej. Pierwsze dwa tygodnie marszu Wielkiej Armii, kiedy ta masa uderzeniowa przewaliła się przez kilka departamentów i zniszczyła wszystko co spotkała na swojej drodze, to stan całkowitej anarchii. Nawet władze wojskowe miały wówczas problem z wyegzekwowaniem podstawowego posłuszeństwa czy dyscypliny, czego dowodem były tłumy maruderów na niespotykaną do tej pory skalę. Później trwało to jeszcze przez kilka tygodni, ale pewien stan zagrożenia pojawiał się głównie w momencie, kiedy na wschód maszerowały duże kontyngenty uzupełniające siły Napoleona bądź też jakieś pomniejsze, zdemoralizowane oddziały stacjonujące gdzieś na kwaterach panoszyły się po okolicy, nadużywając swoich uprawnień. Natomiast sierpień i wrzesień 1812 r., kiedy Napoleon jest już właściwie w Moskwie, to czas, kiedy państwo litewskie funkcjonuje dużo sprawniej. Sytuacja była już lepsza – zakończono żniwa, więc magazyny żywności się zapełniły. To były tygodnie, kiedy władze wreszcie zaczynają funkcjonować normalnie, wreszcie jest spokój, masa wojska poszła na wschód i da się rządzić. Szacuje się, że w momencie wkroczenia szczątków Wielkiej Armii na teren podległy władzy Komisji Rządu Tymczasowego, w magazynach litewskich znajdowały się zapasy umożliwiające utrzymanie przez zimę stutysięcznej armii. Nie udałoby się tego osiągnąć przy całkowicie biernej lub niechętnej postawie ludności.

T. L.: Jak była wizja odrodzenia Polski przy pomocy Napoleona w 1812 r.?

J. Cz.: Koncepcji było kilka. Napoleon nie planował niczego konkretnego, w momencie rozpoczęcia wojny miał kilka pomysłów dotyczących przyszłych rozwiązań. Wydaje się, że poważnie brał pod uwagę możliwość odbudowy Królestwa Polskiego. Zawsze prowadząc wojny czy działania dyplomatyczne otwierał sobie drogę do zastosowania kilku wariantów, w zależności od rozwoju sytuacji, czego współcześni często nie brali pod uwagę, podobnie, jak wielu historyków. Z pewnością też nie był to polityk, którego stać było na całkowity cynizm. Trudno wyobrazić sobie sytuację, w której najpierw rozbudza nadzieje Polaków na ogromną skalę, w tak wielkim stopniu wykorzystuje ich potencjał finansowy i ludzki a potem mówi im, że nic z tego i żadnego Królestwa Polskiego nie będzie. Historycy spierają się, jakie tereny obejmowałoby to państwo, ale nie jest to spór oparty na pewnych przesłankach źródłowych. Najbardziej prawdopodobne wydaje się połączenie Księstwa Warszawskiego z departamentem wileńskim, kowieńskim i mińskim oraz obwodem białostockim. Wydaje się to takim twardym trzonem, gdyż te właśnie tereny poddano władzy Komisji w Wilnie. Istniała też opcja transakcji zamiennej z Austrią. Możliwość oddania prowincji iliryjskich za pozostałą cześć Galicji dyplomacja napoleońska sondowała w Wiedniu tuż przed rozpoczęciem wojny. Wydaje się, że kształt terytorialny tego państwa ukształtowałby się dopiero w trakcie negocjacji pokojowych z Rosjanami.

Napoleon I, cesarz Francuzów. Przyjaciel Polaków czy cyniczny dyktator? Trudno powiedzieć też jak wyglądałby jego ustrój. Najbardziej prawdopodobne wydawało się rozciągnięcie na Litwę wzorców ustrojowych z Księstwa Warszawskiego. Ale też w samym Księstwie istniały koncepcje odrębne. Minister Łubieński, jedyny w gronie elity rządzącej rzeczywisty entuzjasta rozwiązań napoleońskich, niesamowicie obawiał się powrotu „panowania panów”, czyli dominacji arystokracji i dawnej magnaterii w nowym państwie. Proponował, by pójść jeszcze dalej i ustrój przyszłej Polski uczynić jeszcze bardziej napoleońskim ograniczając jeszcze wyraźniej pozycję parlamentu, wzmacniając zaś władzę wykonawczą. Proponował, by wprowadzić całą masę ograniczeń i zabezpieczeń, które uniemożliwiałyby dominację szlachty w życiu politycznym kraju. Obawy nie były bezpodstawne, bo wśród elity politycznej Księstwa pojawiały się coraz wyraźniejsze głosy, że ustrój napoleoński jest doskonały, ale trzeba by go trochę dostosować do polskich warunków, bo my nie jesteśmy dość doskonali. Była też grupa, której liderem był Stanisław Zamoyski, wicemarszałek Konfederacji Generalnej. Toczył on w Wilnie rozmowy z Francuzami dotyczącymi możliwości powrotu choć części tradycji ustrojowych Konstytucji 3 Maja. Wydaje się, że przyszły ustrój byłby więc kompromisem między konstytucją z 1791 r. i rozwiązaniami z Księstwa Warszawskiego. Nie wiadomo jednak, na ile Napoleon byłby konsekwentny w trzymaniu się tego modelu, który narzucił Polakom w 1807 r.

T. L.: Od dwustu lat historycy i intelektualiści stawiają sobie pytanie, czy Napoleon zdradził Polaków. Jakie jest Pana zdanie?

J. Cz.: Najpierw trzeba się zastanowić nad tym, czym jest zdrada. W najbardziej ogólnym znaczeniu jest to zawiedzenie czyich oczekiwań, które powoduje głęboki, realny wstrząs osoby zawiedzionej i zerwanie wcześniejszych mocnych więzów. Pojawia się pytanie: w czym właściwie Napoleon miałby zawieść Polaków?

Był on politykiem, który kierował się interesem Francji, czy raczej Francji i własnej dynastii, którą właśnie zakładał. Patrzył też na sprawy europejskie z trochę innej perspektywy niż Warszawa czy Wilno (co nie oznacza, że nie uwzględniał ich w swoich planach). Nie oddał jednak Polski na łup Rosjanom. O tym, że zdradził, można by mówić gdyby wygrał wojnę i w negocjacjach pokojowych nie zrobił nic dla idei odbudowy Polski czy też nawet odstąpił jej terytoria Aleksandrowi I bez wiedzy samych Polaków. To byłaby zdrada ewidentna. Napoleon, rozmawiając z Wybickim, który przybył do niego z delegacją Rady Konfederacji Generalnej, by obwieścić mu odnowienie Królestwa Polskiego i poprosić o oficjalne wsparcie i przyjęcie patronatu nad tą inicjatywą, po raz kolejny odpowiedział identycznie jak w 1807 roku: wszystko bardzo ładnie, ale musicie zorganizować sobie państwo, własną armię, zdobyć pieniądze, a my musimy wygrać wojnę. O tym, że wysiłek mobilizacyjny i finansowy Litwy okazał się nieco mniejszy, niż Napoleon się spodziewał zadecydowało te kilka tygodni anarchii w której pogrążyły ją wojska napoleońskie. Generalnie jednak był to wysiłek znaczny. Tę część umowy Polacy wypełnili. Pozostał jeszcze drugi warunek – trzeba było wygrać wojnę. Naprawdę trudno mieć do Napoleona pretensje, że to mu się nie udało.

Tomasz Leszkowicz:
Studiuje historię w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego i dziennikarstwo na tej samej uczelni. Absolwent LO im. gen. Mariusza Zaruskiego w Węgorzewie. Były członek Zarządu Studenckiego Koła Naukowego Historyków UW. Specjalizuje się w historii dwudziestego wieku (ze szczególnym uwzględnieniem PRL), interesują go też dzieje Niemiec i historia wojskowości. Z uwagą śledzi zagadnienia związane z pamięcią i tzw. polityką historyczną (dawniej i dziś). Członek redakcji merytorycznej „Histmaga” od października 2006 roku. Opiekun przeglądu imprez historycznych. Publikował także w „Mówią Wieki”, „Tece Historyka” oraz „Niepodległości i Pamięci”. Stały współpracownik tygodnika polonijnego „Monitor” z Chicago. Oprócz historii pasjonuje go muzyka (rock i poezja śpiewana), jest miłośnikiem kabaretów oraz książek Ryszarda Kapuścińskiego i Hansa Helmuta Kirsta.
[ więcej o autorze ]

http://histmag.org/?id=6830

Speak Your Mind

*