Powstanie warszawskie – refleksje / Warsaw Uprising – reflections

Powstanie warszawskie[3] (1 sierpnia3 października 1944[4][5]) – wystąpienie zbrojne przeciwko okupującym Warszawę wojskom niemieckim, zorganizowane przez Armię Krajową w ramach akcji „Burza”, połączone z ujawnieniem się i oficjalną działalnością najwyższych struktur Polskiego Państwa Podziemnego.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Powstanie_warszawskie

The Warsaw Uprising (Polish: powstanie warszawskie) was a major World War II operation by the Polish resistance Home Army (Polish: Armia Krajowa), to liberate Warsaw from Nazi Germany. The rebellion was timed to coincide with the Red Army approaching the eastern suburbs of the city and the retreat of German forces.[9] Controversially, the Soviet advance stopped short, enabling the Germans to regroup and take the city back from the Polish resistance, which fought for 63 days with little outside support.

The uprising began on 1 August 1944, as part of a nationwide plan, Operation Tempest, when the Soviet Army approached Warsaw. The main Polish objectives were to drive the German occupiers from the city and help with the larger fight against Germany and the Axis powers. Secondary political objectives were to liberate Warsaw before the Soviets, to underscore Polish sovereignty by empowering the Polish Underground State before the Soviet-backed Polish Committee of National Liberation could assume control. Also, short-term causes included the threat of a German round-up of able-bodied Poles, and Moscow radio calling for the Uprising to begin.

Initially, the Poles established control over most of central Warsaw, but the Soviets ignored Polish attempts to establish radio contact and did not advance beyond the city limits. Intense street fighting between the Germans and Poles continued. By 14 September, Polish forces under Soviet high command occupied the east bank of the Vistula River opposite the insurgents’ positions; but only 1200 men made it across to the west bank, and they were not reinforced by the rump of the Red Army. This, and the lack of Soviet air support from a base 5 minutes flying time away, led to allegations that Joseph Stalin tactically halted his forces to make the operation fail.

Winston Churchill pleaded with Stalin and Franklin D. Roosevelt to help Britain’s Polish allies, to no avail. Then, without Soviet air clearance, Churchill sent over 200 low-level supply drops by the Royal Air Force, the South African Air Force and the Polish Air Force under British High Command. Later, after gaining Soviet air clearance, the USAAF sent one high-level mass airdrop as part of Operation Frantic.

Although the exact number of casualties remains unknown, it is estimated that about 16,000 members of the Polish resistance were killed and about 6,000 badly wounded. In addition, between 150,000 and 200,000 Polish civilians died, mostly from mass murders. Atrocities by Russian auxiliaries on the German side included a raid on a ward of Polish female cancer patients, who were raped in their beds, burned alive, then shot as they tried to escape. Jews being harboured by Poles were exposed by German house-to-house clearances and mass evictions of entire neighbourhoods. German casualties totalled over 8,000 soldiers killed and missing, and 9,000 wounded. During the urban combat approximately 25% of Warsaw’s buildings were destroyed. Following the surrender of Polish forces, German troops systematically leveled 35% of the city block by block. Together with earlier damage suffered in the invasion of Poland (1939) and the Warsaw Ghetto Uprising (1943), over 85% of the city was destroyed by January 1945, when the Soviets entered the city.

http://en.wikipedia.org/wiki/Warsaw_Uprising

Klęska, krytyka i argumenty „ad comunismum”

2011-08-01 16:10 | Tomasz Leszkowicz

Od kilku dni zastanawiałem się w jaki sposób w tym roku opowiadać w „Histmag.org” o kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego unikając odwiecznego, prawdopodobnie nierozwiązalnego na gruncie nauk historycznych, pytania „czy powstanie powinno wybuchnąć?”. Jak się okazuje, nasza skomplikowana historia dosięgnie nawet tych, którzy chcą spojrzeć na nią w inny sposób.

Iskrą, od której zapalił się płomień kolejnego odcinka historyczno-ideowo-publicystycznego sporu, był wpis ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego w serwisie społecznościowym Twitter. Stwierdził on, że z Powstania Warszawskiego, jako narodowej katastrofy, także należy wyciągnąć lekcję. Do swoich słów dołączył też odnośnik do strony www.powstanie.pl – serwisu tytułującego się „stroną przeciwników kultu sprawców Powstania Warszawskiego”.

Wypowiedź polityka Platformy Obywatelskiej wywołała reakcję stołecznych radnych Prawa i Sprawiedliwości. W oświadczeniu podpisanym przez prezydium swojego klubu w Radzie Warszawy stwierdzili oni, że słowa ministra godzą w pamięć o powstaniu. Podważanie sensu heroicznego zrywu Powstańców Warszawskich, atak na ich dowódców, przywołuje w pamięci praktyki władz komunistycznych, które nie powinny mieć miejsca w Wolnej i Niepodległej Rzeczypospolitej – napisano. Przy okazji zażądano (niemalże w imieniu tysięcy Warszawiaków), by również prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz odniosła się do słów swojego partyjnego kolegi i określiła swój stosunek do heroicznego zrywu sprzed 67 lat.

Czy Powstanie miało sens? To pytanie nawet dziś nie traci na aktualności (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Czy Powstanie Warszawskie zakończyło się zwycięstwem? Niestety nie. Czy było „narodową katastrofą”? W pewnym sensie tak, podobnie jak klęska wrześniowa 1939 r., która skutkowała podziałem Polski i ponad pięcioletnią okupacją. Mając w pamięci moralny i symboliczny wymiar obydwu wydarzeń, pamiętamy o ich realnych konsekwencjach – zabitych żołnierzach i cywilach, zniszczonych miastach, straconych dobrach kultury narodowej. Mimo to, zarówno 1 sierpnia jak i 1 września, pochylamy się nad wydarzeniami sprzed prawie 70 lat, czcimy bohaterstwo ich uczestników, rozważamy sens walki, patriotyzmu i historii.

Radni PiS użyli swojskiego młota na wszelkie dyskusje – porównali opinie adwersarza do praktyk komunistów. Z takimi argumentami trudno dyskutować, bo nic nie przebije wizji wyrywanych paznokci i plakatu „AK – zapluty karzeł reakcji”. Jak to zwykle z polskim komunizmem bywa, jest to prawda, ale nie całkowita. Po 1956 r. nikt już nie wsadzał byłych powstańców do więzień, a władza zgodziła się na kompromisowe uczczenie tego wydarzenia w formie: bohaterstwo szeregowych żołnierzy, zbrodnicza, błędna i nieodpowiedzialna polityka dowództwa.

Mało kto jest świadom tego, że jeden z najbardziej znanych dowódców powstania, płk Jan Mazurkiewicz „Radosław”, pozostał w Polsce Ludowej, po wojnie zajmował się opieką nad swoimi żołnierzami i organizacją pochówków, a po wyjściu z więzienia w 1956 r. był wiceprezesem ZBoWiD-u i reprezentantem środowiska AK w oficjalnym upamiętnieniu wojny i Powstania. Nie mówiono wówczas oczywiście całej prawdy o zrywie z 1944 r. Tę powiedziano najpierw w czasie „karnawału Solidarności”, a w pełni po 1989 r.

Praktyka komunistyczna polegała na tym, że zezwalano na publiczny żywot tylko jednej wizji wydarzeń, zgodnej z założeniami aktualnej polityki. Te czasy na szczęście się skończyły. Dzisiaj już nikt nie zebrania mówienia całej prawdy o politycznej, wojskowej i moralnej genezie powstania. Każde z wydarzeń historycznych można oceniać w różny sposób. Spojrzenie krytyczne potrzebne jest nie tylko do dekonstrukcji dawnych mitów i kłamstw, ale także do poznania realnych twarzy dawnych przywódców, dziś zatopionych w brązie i nakrytych wieńcami. Kto wie – może mimo zaciętej krytyki pozostaną oni nadal bohaterami?

Zniszczona Warszawa (autor: M. Swierczynski, domena publiczna)

Można być krytykiem dowódców, przy jednoczesnym ogromnym szacunku dla bohaterstwa, patriotyzmu i poświęcenia się młodych ludzi, którzy w sierpniu 1944 r. ruszyli do walki za niepodległą Polskę. Zbieżność tych poglądów z wizją, jaką prezentowali rządzący Polską Ludową, nie oznacza jednak przestępstwa i hańby. A używanie młota w postaci argumentu „ad comunismum” jest grubą przesadą.

Na szczęście pojawił się już głos rozsądku. Prezes Związku Powstańców Warszawskich gen. Zbigniew Ścibor-Rylski powiedział wczoraj po mszy św. w intencji poległych uczestników powstania: Na rocznicowe uroczystości nie przychodzimy w glorii zwycięzców. Z pokorą pochylamy głowy nad narodowym dramatem […] Powstanie Warszawskie było jednym z najdramatyczniejszych wydarzeń w tysiącletniej historii Polski. Nic więc dziwnego, że jego ocena, zwłaszcza polityczna i moralna, jest ciągle jeszcze przedmiotem rozważań, a niekiedy skrajnych, przeciwstawnych poglądów […] Wierzymy, że w wolnym kraju różnice zdań wynikają z troski o wyciągnięcie ważnych dla narodu wniosków, inspirowane są intencją utrwalenia w pamięci narodowej obrazu najbliższego obiektywnej prawdzie. Ale chcielibyśmy, by w tym obrazie, obok udokumentowanych faktów i zasadnych hipotez, pozostał także ślad naszych ówczesnych wzruszeń.

Słowa generała pokazują rozwagę, dojrzałość i patriotyzm uczestników walk sprzed 67 lat. Na ich tle widać, jak bardzo nadgorliwi bywają epigoni bohaterów, ich synowie czy wnukowie.

Źródło: gazeta.pl, dzieje.pl.

Tomasz Leszkowicz:

Studiuje historię w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Absolwent LO im. gen. Mariusza Zaruskiego w Węgorzewie. Członek Zarządu Studenckiego Koła Naukowego Historyków Uniwersytetu Warszawskiego. Specjalizuje się w historii dwudziestego wieku (ze szczególnym uwzględnieniem PRL), interesują go też dzieje Niemiec i historia wojskowości. Z uwagą śledzi zagadnienia związane z tzw. polityką historyczną (dawniej i dziś). Członek redakcji merytorycznej „Histmaga” od października 2006 roku. Opiekun naszego forum dyskusyjnego i kalendarza imprez historycznych. Oprócz historii pasjonuje go muzyka (rock i poezja śpiewana), jest miłośnikiem kabaretów oraz książek Ryszarda Kapuścińskiego i Hansa Helmuta Kirsta.

http://histmag.org/?id=5741

Prof. Maciej Bernhardt: O strachu w czasie wojny i Powstania Warszawskiego

2011-08-01 06:06 | Maciej Bernhardt

Prezentujemy refleksje na temat strachu spisane przez uczestnika walk w czasie kampanii wrześniowej, członka AK i powstańca warszawskiego, prof. Macieja Bernhardta.

Maciej Bernhardt (zdjęcie aktualne; fot. z prywatnych zbiorów autora) – Emerytowany profesor Politechniki Warszawskiej i Instytutu Transportu Samochodowego. Ur. w 1923 roku, uczestnik powstania warszawskiego (podchorąży „Zdzich” 237 plut. II komp. Batalionu „Żubr” Obwodu Żoliborz). Autor cieszących się dużą popularnością wspomnień z powstania warszawskiego i końca wojny publikowanych na naszych łamach i wydanych w formie książkowej. Wielokrotnie podczas różnego rodzaju spotkań, gdy rozmowa dotyczyła kampanii wrześniowej, okresu okupacji, konspiracji, członkostwa w AK, czy udziału w Powstaniu Warszawskim, padało pod moim adresem pytanie: „czy bałeś się?”.

Oczywiście, że się bałem. Z moich obserwacji wynika, że ci, którzy twierdzą, iż nigdy się w takich sytuacjach nie bali, po prostu kłamią. Nie spotkałem dotąd nikogo, kto w żadnej krytycznej (lub tylko potencjalnie krytycznej) chwili nie okazywał w większym lub mniejszym stopniu strachu. Natomiast jego rodzaj natężenie bywały różne i zależały od okoliczności. Nie potrafię przy tym znaleźć żadnej prawidłowości.

Kampania wrześniowa

We wrześniu 1939 roku maszerowałem szosą lubelską, szukając składnicy meldunkowej obrony przeciwlotniczej, w której pełniłem służbę od 2 września, a którą ewakuowano 7 września. Gdy przyszedłem tego dnia na nocny dyżur, nie było już po niej żadnego śladu1. Po raz pierwszy naprawdę się bałem – byłem wręcz sparaliżowany strachem podczas nalotu na tę szosę, chyba gdzieś między Garwolinem i Rykami.

Bomby spadły tak blisko mnie, że podmuch jednej z nich zerwał mi czapkę z głowy. Dokoła leżały konie i ludzie porozrywani na strzępy. Niedobitków ostrzeliwano z karabinów maszynowych. Leżałem ukryty za grubym przydrożnym drzewem, przerażony masakrą i kompletnym brakiem jakiejkolwiek reakcji naszego lotnictwa i obrony przeciwlotniczej.

Około dwóch tygodni później byłem żołnierzem lubelskiego batalionu ochotniczego (do końca jego istnienia, to jest przez dwa i pół dnia). Przeszedłem tam swój chrzest bojowy. Brałem udział w potyczce z niespodziewającym się ataku oddziałem niemieckim. Ku memu późniejszemu zdziwieniu nie bałem się wówczas zupełnie. Nie zauważyłem też objawów strachu u moich najbliższych sąsiadów.

W wiele lat po wojnie, rozmawiając ze znajomym psychologiem o ludzkich zachowaniach podczas wojny, doszliśmy do wniosku, że przed tą potyczką wszyscy byliśmy tak przejęci możliwością odpłacenia wreszcie Niemcom, że uczucie to stłumiło naturalne odruchy strachu. Późniejsze pełne zaskoczenie, duże straty Niemców i ich ucieczka wprawiły nas wręcz w euforię. Chwilowy sukces przekroczył chyba nasze najśmielsze oczekiwania.

Okupacja

W okresie okupacji budziłem się wielokrotnie mokry ze strachu, że do drzwi dobija się policja niemiecka i zaraz mnie aresztuje. Działo się tak nawet jeszcze przed podjęciem przeze mnie działalności konspiracyjnej, gdy w domu nie było żadnych zakazanych materiałów ani broni, a także później, gdy dom często nie był już czysty i pozytywny wynik rewizji oznaczał aresztowanie wszystkich domowników, a po męczarniach śledztwa w najlepszym wypadku obóz koncentracyjny.

Bałem się na ulicy na widok niemieckiego patrolu, gdyż nigdy nie było wiadomo, co przyjdzie do głowy jego członkom – kogo zaczną legitymować i rewidować, co znajdą, kogo zatrzymają, dlaczego i do kogo zaczną strzelać.

Radzieckie naloty

Bałem się podczas radzieckich nalotów. Bomby dużego kalibru, zrzucane w nocy z bardzo dużej wysokości na dokładnie zaciemnione miasto, spadały w najbardziej niespodziewanych miejscach (często na budynki mieszkalne, z dala od jednostek i urządzeń wojskowych) i trudno było się nawet domyślić, co było celem ataku.

Pamiętam skutki bombardowania (chyba jesienią 1943 roku), które zniszczyło całkowicie kilka domów mieszkalnych w śródmieściu. Mam przed oczyma widziany rankiem po nalocie kompletnie zniszczony dom na rogu ulicy Śniadeckich i Marszałkowskiej. Zginęło tam wówczas bardzo wiele osób.

Na początku lata 1944 roku „kukurużniki”2 zrzucały bomby niewielkiego kalibru. Lecąc cichym lotem ślizgowym (przy silniku pracującym na wolnych obrotach) udawało im się przechytrzyć niemiecką obronę przeciwlotniczą i znaleźć się nad miastem na tak niskim pułapie, że działa przeciwlotnicze nie mogły już do nich strzelać, a ogień przeciwlotniczych karabinów maszynowych był w tych warunkach mało celny. Bomby spadały jednak na ogół także w przypadkowych miejscach.

Polikarpov U-2LNB „Kukurużnik” (fot. Michał Derela, na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0)

Pamiętam dość silny nalot na kilka (a może kilkanaście?) dni przed Powstaniem. Bombardowanie poprzedziło zrzucenie wielu flar3. Nie wiem, gdzie spadły wówczas bomby. Błyski wybuchów widać było z różnych stron, ale w dość dużej odległości od naszego domu przy ulicy Miodowej.

Nikt z naszej rodziny nie schodził do piwnicy pełniącej rolę schronu. Dawno już skutki wcześniejszych bombardowań wykazały, że piwnica domu budowanego pod koniec XIX wieku nie stanowi w takich wypadkach niemal żadnej ochrony. Staliśmy więc w wychodzących na ulicę oknach salonu, obserwując opadające flary i usiłując zgadnąć, co jest celem ataku. Ustawiłem na statywie mój aparat fotograficzny (Kodak Retina) i fotografowałem na tle jasnych flar ruiny stojących po przeciwnej stronie ulicy domów spalonych podczas oblężenia Warszawy w 1939 roku. Zużyłem cały film. Zdążyłem go wywołać i zrobić powiększenia dosłownie tuż przed Powstaniem. Wyszły znakomite zdjęcia, a na jednym z nich widać było nieostry, rozmyty zarys dwupłatowca lecącego tuż nad dachami i ruinami domów. Niestety, wszystkie zdjęcia wkrótce przepadły.

Podczas późniejszego nocnego bombardowania lotniczego byłem na punkcie zbornym po ogłoszeniu pierwszego alarmu powstańczego (odwołanego następnego dnia rano). Był to nieduży, dwupiętrowy domek przy ulicy Podleśnej na Marymoncie. Nie potrafię dokładnie określić, ilu nas – zaalarmowanych żołnierzy drugiej kompanii – tam było. Część znajdowała się w kilku mieszkaniach, a większość, w tym i nasza sekcja, w piwnicy. Od wieczora zajmowaliśmy się przygotowywaniem butelek zapalających przeznaczonych do walki z czołgami. Nalewaliśmy do typowych półlitrowych flaszek od wódki „koktajl” benzynowy”. Przestrzegaliśmy bardzo ostrych zasad bezpieczeństwa – najmniejsza nieostrożność mogła spowodować zapalenie się benzyny i tym samym wywołać bardzo groźny pożar. Nie wszyscy obecni zdawali sobie sprawę z zagrożenia.

Butelki z benzyną

W naszej sekcji Zbyszek Przestępski, student wydziału chemii politechniki, wyjaśnił nam dokładnie, dlaczego następuje zapłon, gdy po rozbiciu butelki jej nalepka nasączona odpowiednią substancją zetknie się z benzyną. Oczywiście taki sam skutek powodowało wylanie „koktajlu” na nalepkę. Butelki były po napełnieniu korkowane, a korki dla zapewnienia dobrej szczelności zalewaliśmy jeszcze smołą podgrzewaną w sąsiedniej piwnicy.

Po wykładzie Zbyszka byliśmy dość przestraszeni, gdyż wydawało się, że pożar, a może nawet wybuch, jest w naszych piwnicznych warunkach tylko kwestią czasu. W nocy, gdy produkcja butelek zapalających była w pełni rozwinięta, zaczął się nalot radzieckich bombowców. Bomby wybuchały gdzieś niezbyt daleko, nawet bardzo blisko. Baliśmy się wszyscy i to raczej wybuchu nagromadzonych butelek zapalających niż bomb, kilku kolegów wyszło w czasie nalotu z piwnicy i położyło się w pobliskich krzakach.

Boernerów

Nad ranem 2 sierpnia, podczas przemarszu z Marymontu do Puszczy Kampinoskiej, druga kompania batalionu „Serb” (później przemianowanego na „Żubr”), a w szczególności jej pluton dwieście trzydziesty siódmy, poniósł ogromne straty (ponad siedemdziesiąt procent stanu) pod Boernerowem4.

Przechodziliśmy przez duże puste pole w odległości stu–stu pięćdziesięciu metrów od willi i lasku boernerowskiego, w którym stała część niemieckiej dywizji pancernej. O tym, że w Boernerowie kwaterują Niemcy, wiedzieliśmy w naszej sekcji już od kilkunastu dni. Ostrzeżono nas, aby nie przychodzić do meliny, z której korzystaliśmy przy niektórych ćwiczeniach w Puszczy Kampinoskiej. Zdziwiła mnie trasa naszego marszu, ale doszedłem do wniosku, że przecież nasi dowódcy lepiej znają sytuację niż ja i wiedzą, co robią – jednostka niemiecka musiała już wyjść z Boernerowa, tylko do nas, podchorążych, informacja o tym jeszcze nie dotarła.

Hanka Rychłowska, narzeczona autora. Zginęła pod Boernerowem. Niestety, myliłem się. Znaleźliśmy się przed niemieckimi placówkami, gdy zaczynało świtać. Niemcy przepuścili straż przednią i otworzyli ogień z karabinów maszynowych, gdy główna część kompanii znalazła się na pustym polu. Prawie wszyscy zginęli. To nie była walka, lecz niemal egzekucja. Ja ocalałem przez przypadek. Kilkaset metrów wcześniej, w rejonie Szwedzkich Gór5, porucznik Dunin, dowódca plutonu dwieście trzydziestego siódmego, kazał dotychczasowej straży tylnej dołączyć do kolumny (zachowywała się zbyt głośno i szła zwartą grupą, zbyt blisko osłanianej grupy), a mnie i kilku nieznanym mi bliżej kolegom polecił zająć jej miejsce, przypominając, że mamy iść tyralierą i w znacznie większej odległości od głównej części oddziału.

Dochodziliśmy do brukowanej kocimi łbami drogi6 łączącej Boernerów z Wawrzyszewem, za którą znajdowało się wspomniane uprzednio pole, gdy Niemcy otworzyli ogień. Czołgając się, udało nam się dotrzeć na około sto–sto pięćdziesiąty metr wgłębi tego pola. Widziałem przed sobą ciała poległych kolegów; doczołgałem się do śmiertelnie rannego dowódcy mojego plutonu, porucznika Dunina. Sytuacja była beznadziejna. Nie widziałem żadnych szans na dotarcie do przedniej części kolumny, której być może udało się przedostać do widocznych na horyzoncie kęp drzew i krzaków, ani też możliwości wycofania się w stronę Bielan.

Zdawałem sobie sprawę, że moja narzeczona (Hanka Rychłowska) oraz przyjaciele i koledzy (Andrzej Krupiński, Zbyszek Przestępski, Jurek Miller, Waldek Misiorowski, Staszek Witoszyński), którzy szli w środkowej części kolumny, najprawdopodobniej zginęli. Moje obawy były niestety słuszne, myliłem się tylko w przypadku Staszka Witoszyńskiego, który nieco wyprzedził w marszu pozostałych.

Nie wiem, jak udało mi się wycofać, dotrzeć przez zupełnie nieznany teren na Bielany i tam spotkać kolegów z naszego plutonu na wysuniętej placówce, o istnieniu której nie miałem pojęcia i której nie powiadomiono o wymarszu całej kompanii do Puszczy Kampinoskiej7.

Wiedziałem, że Powstanie nie będzie łatwym przedsięwzięciem, ale w najczarniejszych myślach nie liczyłem się z tym, że już w pierwszych jego godzinach zginie Hanka i wszyscy moi najbliżsi koledzy. Byłem przytłoczony rozwojem wydarzeń, rozumiałem też, że moja sytuacja jest beznadziejna. Byłem zrezygnowany. Nie bałem się. Wiedziałem, że czeka mnie taki sam los. Albo Niemcy w końcu mnie zobaczą, albo natknę się na nich, wędrując przez zupełnie nieznany mi teren.

Wszyscy liczyliśmy się z tym, że podczas walk powstańczych muszą być ofiary, może nawet duże. Nie mieliśmy wątpliwości, że będziemy walczyć z doskonale wyszkoloną i wyposażoną regularną armią. Wierzyliśmy, że Powstanie jest świetnie przygotowane, podobnie jak ufaliśmy w umiejętności naszych dowódców.

Nie bałem się. Byłem zrozpaczony i wściekły, że nie miałem do tej pory i już nie będę miał okazji wziąć udziału w walce i że przez głupotę i fanfaronadę dowódców nasza kompania poniosła tak ogromne straty.

Dworzec Gdański

Brałem udział w drugim natarciu na dworzec Gdański. Pierwsze, sprzed kilku dni, nie udało się, atakujący zaś ponieśli wielkie straty. Drugie zostało wsparte przez oddziały przybyłe z Kampinosu i zasilone przyniesioną przez nie bronią i amunicją. Atak się nie udał. W czasie walki zginął jeden z moich amunicyjnych, „Bończa”, a mnie samego przed postrzałem w brzuch uchroniła prawdopodobnie rękojeść mojego rewolweru8. Czy się bałem? Chyba jednak nie. Pamiętam wściekłość z powodu zmarnowania wystrzelonego bez zapalnika pocisku do PIAT-a9, wściekłość, że dwa następne pociski moi amunicyjni podali mi również bez zapalników i musiałem wołać, aby mi je dorzucili. Pamiętam zadowolenie, gdy zamilkły kolejno dwa gniazda karabinów maszynowych i bezsilną złość, że nie miało to większego wpływu na natężenie ognia i naszą sytuację. Pamiętam wreszcie potworne zmęczenie i przerażenie, że nie udało się ściągnąć z pola rannego „Bończy”. Chyba jednak się nie bałem. Nie było na to czasu i sił.

Taki granatnik przyniosłem w nocy 15/16 sierpnia 1944 r. z Puszczy Kampinoskiej na Żoliborz. Dwaj amunicyjni nieśli po 8 pocisków w grubych tekturowych rurach chroniących podczas zrzutu pocisk i jego zapalnik w specjalnym pojemniku (fot. Ranger Steve, na licencji Creative Commons Attribution 3.0 Unported)

Dalekie bombardowanie

Pod koniec sierpnia „odpoczywałem” na posterunku wewnętrznym w budynku straży ogniowej. Był to posterunek „ulgowy” na drugim (trzecim?) piętrze z doskonałym widokiem na przedpole. Niemcy dotychczas nigdy z tego kierunku nas nie atakowali, a ukształtowanie terenu i rozmieszczenie naszych sił powodowały, że ewentualne uderzenie było tu raczej mało prawdopodobne. Należało jednak uważnie obserwować przedpole, bo licho wszak nie śpi, ja zaś byłem bardzo zmęczony i walczyłem ze snem. Wydaje mi się, że chwilami spałem z otwartymi oczami.

W pewnej chwili usłyszałem daleki warkot silników lotniczych i natychmiast się ocknąłem. Wydawało mi się, że samoloty są tuż-tuż. Rozglądając się po niebie, ze zdumieniem zobaczyłem daleko po prawej stronie trzy sztukasy, które kolejno zrzuciły bomby, zrobiły nawrót i zrzuciły następne. Samoloty były dobrze ponad kilometr ode mnie. Pamiętam, że byłem przerażony ich widokiem, chwyciłem przypisany do tego posterunku włoski pistolet maszynowy i z największym wysiłkiem, dosłownie trzęsąc się ze strachu, powstrzymałem się od – całkowicie bezsensownego – strzelania w ich kierunku. Równie skutecznie można by strzelać do tych samolotów z procy. Wkrótce przyniesiono na posterunek obiad. Wcześniej byłem głodny i nasłuchiwałem, czy nie nadchodzi łączniczka lub zmiennik z menażką gorącej, gęstej zupy. Byłem głodny, ale teraz nie mogłem jeść.

Wielokrotnie zastanawiałem się później, skąd pojawił się w opisanej sytuacji tak okropny, paraliżujący i nieuzasadniony w tym wypadku strach oraz przemożna chęć bezsensownego strzelania. Doszedłem do wniosku, że był to chyba skutek wielkiego przemęczenia – przecież od dłuższego czasu byliśmy wciąż w ogniu.

Po latach, wspominając i analizując rozmaite sytuacje i wypadki powstaniowe, siedziałem kiedyś nad planem Warszawy. W pewnej chwili nastąpiło olśnienie: przecież pole obserwacji z tamtego posterunku obejmowało ulicę Miodową, na której stał mój dom! Oczywiście budynki zasłaniały samą ulicę, ale można było obserwować to, co działo się nad nią. A właśnie tam widziałem pikujące sztukasy. Wiem, że moja Matka, Siostra, Siostrzeniec i Matka Hanki zginęły 26 sierpnia między 13.30 i 14.30 w naszym zbombardowanym przez sztukasy domu przy ulicy Miodowej 9.

Kamienica przy Miodowej 9 w 1940 r.

Służbę na tym ulgowym posterunku pełniłem dwa razy. Pierwszy raz około 18 sierpnia, gdy wyznaczono mnie omyłkowo i po godzinie byłem z powrotem w plutonie, po raz drugi zaś mniej więcej tydzień później. Nigdy nie udało mi się ustalić dokładnej daty, ale 26 sierpnia jest bardzo prawdopodobny, a godzinę bombardowania mogłem ustalić w miarę dokładnie. Obiad na posterunki roznoszono – jak na warunki bojowe – bardzo punktualnie: około godziny 14.00.

Nie mogę oprzeć się myśli, że mój przeraźliwy strach na posterunku i niczym nieuzasadniona, absurdalna chęć strzelania do nurkujących stukasów pojawiły się wówczas, gdy ginęli moi najbliżsi. Nie mogę udowodnić tego w sposób nie pozostawiający żadnych wątpliwości, ale czym uzasadnić paraliżujący strach i takie bezsensowne moje zachowanie?

Szerzej:

  Zamów książkę:
Nasza cena: 39,90 30,00 zł (zniżka 25%)
W wersji PDF: 12,30 zł

Autor: Maciej Bernhardt
Tytuł: „Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego”
Redaktor: Kamil Janicki
Wydawca: i-Press [Histmag.org]
ISBN: 978-83-925052-9-7
Oprawa: miękka
Liczba stron: 334
Format: 140×195 mm
Data premiery: 28 listopada 2009 r.
Cena sugerowana: 39,90 zł

Powstanie warszawskie z pierwszej ręki. Jedyna w swoim rodzaju opowieść o życiu przed wojną i podczas okupacji. Relacja niezwykłego człowieka, który w szczery i bezpośredni sposób opowiada o prawdziwych ludziach i emocjach. O perypetiach, które wydają się nieprawdopodobne. Książka, która Cię poruszy!

Przypisy

1 Więcej zob. w: M. Bernhardt, Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego, Kraków 2009 [przyp. red.].

2 Przestarzałe, dwupłatowe i jednosilnikowe samoloty używane głównie do celów transportowych, a także jako nocne bombowce.

3 Powoli opadających na spadochronach i bardzo silnie świecących ładunków oświetlających.

4 Dzielnica Warszawy na przedpolu Puszczy Kampinoskiej.

5 Resztki umocnień ziemnych z czasów wojen szwedzkich, obecnie nie ma po nich ani śladu.

6 Dziś nie ma po niej nawet śladu.

7 O masakrze pod Boernerowem autor pisze znacznie obszerniej w: Z Miodowej na Bracką…, s. 199-209 [przyp. red.].

8 Jej przebieg autor opisuje dokładnie w: Z miodowej na Bracką…, s. 221-228 [przyp. red.].

9 Angielski granatnik przeciwpancerny.

Zainteresował Cię powyższy materiał? Nasz serwis jest dostępny za darmo dla wszystkich miłośników historii. Jeśli popierasz naszą działalność i chcesz mieć wpływ na dalszy rozwój Histmag.org – wesprzyj nas!


Maciej Bernhardt:

Profesor dr inż., emerytowany wykładowca Politechniki Warszawskiej i pracownik naukowy Instytutu Transportu Samochodowego. Ur. w 1923 roku, uczestnik powstania warszawskiego w 1944 (podchorąży “Zdzich” 237 plut. II komp. Batalionu “Żubr”, Obwodu Żoliborz).

http://histmag.org/?id=5740

Speak Your Mind

*