Władysław Gałka – człowiek, którego nie złamało stalinowskie więzienie. Za wierność Polsce wybito mu zęby. Nie uległ nienawiści by Roman Graczyk

Losy tego człowieka są jak historia Polski w okolicach połowy ubiegłego wieku. Władysław Gałka urodził się w roku 1915, w sam raz wtedy żeby zdobyć wykształcenie i wychowanie w II RP. Inaczej mówiąc, należał do pokolenia, które nie deklarowało z dumą, że „nie odda Polsce ani jednej kropli krwi”, przeciwnie – gotowe było coś dla Polski zaryzykować. O tym niezwykłym człowieku opowiada książka wydana niedawno przez Instytut Pamięci Narodowej[1].

Młody Władysław Gałka był nauczycielem, potem walczył we Wrześniu, aresztowany przez Sowietów, zbiegł i powrócił do rodzinnej Jodłówki (koło Bochni). Ponieważ należał do takiego, a nie innego pokolenia, uważał, że po coś przeżył: nie po to, żeby tylko cieszyć się życiem (co zresztą pod okupacją niemiecką  miało swoje granice), ale po to, żeby być na coś przydatnym. Komu?  Tamto pokolenie bez skrępowania mówiło: „być przydatnym Polsce”. Nie uchodziło to jeszcze wtedy za obciach.

Tak więc były jeniec sowiecki rozpoczyna w Jodłówce i całym powiecie bocheńskim aktywną działalność jako członek Stronnictwa Narodowego i jako żołnierz Narodowej Organizacji Wojskowej.

Przychodzi początek roku 1945, a wraz z nim przychodzą Sowieci i ich polscy poplecznicy. Władysław Gałka przechodzi, jak wielu jego kolegów, z konspiracji antyniemieckiej do konspiracji antykomunistycznej. Aresztowany przez UB na fałszywych papierach nie zostaje rozpoznany, wychodzi po kilku miesiącach.

Dostał ostrzeżenie. Ma młodą żonę, plany założenia rodziny. Mógł się w tym momencie wycofać. Ale z jakichś powodów (niezrozumiałych dla apologetów tej zagubionej dziewczynki, która nie chce oddawać Polsce ani jednej kropli krwi) uznaje, że w sytuacji, gdy Sowieci zagarniają Polskę, nie uchodzi schować się do mysiej dziury.

Angażuje się do pracy w strukturach Delegatury Rządu na województwo krakowskie (delegatem, jego bezpośrednim przełożonym, jest Mieczysław Pszon). Wpada w 1947 w mieszkaniu swojego kolegi z konspiracji, Mariana Pajdaka.

Następuje typowe stalinowskie śledztwo: wielokrotne, wielogodzinne przesłuchania, tortury, poczucie izolacji. I to, co najgorsze: świadomość, że śledczy prawie wszystko wiedzą. Powie potem, po wyjściu z więzienia, że nie było takich, którzy odmawiali zeznań.

Dostaje karę śmierci. Przez pół roku czeka na jej wykonanie lub ułaskawienie. Nadchodzi ułaskawienie, „więzień karny Gałka Władysław” ma zatem do odsiadki 15 lat. Jest rok 1950 i nic nie wskazuje na to, że będzie jakiś Październik.

W domu klepią biedę żona z dwoma córkami, z których starsza jest ciężko chora. Władysław Gałka ma świadomość, że ich bieda to wynik jego zaangażowania. Pisze o tym w listach. Jego listy są świadectwem całej tej grozy i beznadziei, jaką przeżywa  on i tacy jak on. Ale są też świadectwem nadziei i zawierzenia. Nie jest to nadzieja typu „jakoś to będzie”. To jest nadzieja par excellence chrześcijańska. Niezwykłe są jego rozważania o wolności (czuje się tam bardziej wolny, niż – jak sądzi – czułby się po tej stronie krat). Niezwykłe są rozważania o kondycji człowieczej (człowiek poznaje siebie dopiero w godzinie najcięższej próby, to uczy go pokory). A także refleksje o właściwej  postawie ofiary w stosunku do prześladowców (najważniejsze w sytuacji takiej jak jego – skazania za wierność przekonaniom, za wierność Polsce, po prostu – to nie ulec nienawiści wobec prześladowców).

Można by pomyśleć, że człowiek, któremu za wierność Polsce wybito w śledztwie zęby, wyjdzie z więzienia jako śledziennik. Prawdę mówiąc, miałby do tego pełne prawo.

Otóż nie. Władysław Gałka nie uległ nienawiści. Zachował życzliwy stosunek do ludzi (komunistów nie wyłączając), a przy tym uniknął innej pułapki czyhającej na byłych więźniów: nie uznał się za „politycznie zresocjalizowanego”, a zatem nigdy nie uznał prawomocności komunizmu. Nie wstąpił do ZBOWiD-u, nie zabiegał o rehabilitację. W pewnym sensie przegrał swoje życie, a przecież w sensie głębszym – wygrał.

Zmarł w wieku 66 lat, a więc przedwcześnie, powalony w końcu kolejnymi zawałami serca. Można przypuszczać, że nadwątlone zdrowie po wyjściu z więzienia to też pamiątka po śledztwie, po karcu, po zabraniu nadziei na normalną Polskę, w końcu.

Wiemy, co Władysław Gałka i tacy jak on zrobili dla Polski. Ale co Polska, ta obecna, zrobiła dla pamięci Władysława Gałki i takich jak on?

Roman Graczyk

http://wpolityce.pl/dzienniki/dziennik-romana-graczyka/53354-wladyslaw-galka-czlowiek-ktorego-nie-zlamalo-stalinowskie-wiezienie-za-wiernosc-polsce-wybito-mu-zeby-nie-ulegl-nienawisci


[1] „Masz rywalkę Polskę”. Korespondencja więzienna Władysława Gałki (1949-1956), Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2012, redakcja: Maria Kamykowska, Jan Żaryn, Leszek Rysak (współpraca).

Speak Your Mind

*