Wybory w Wallington – Izabela Bacza

Trzeba odbić się od dna!

Autor: JANUSZ M. SZLECHTA
Izabela Bacza z mężem Gracjanem, córką Nicole (studentką Rutgers University) i synem Timothym (uczniem Wallington High School)
Foto: ARCHIWUM RODZINNE

W tym roku do rady miasta Wallington startuje aż troje Polaków. Czy to oznacza, że Polacy dojrzeli do tego, aby w mieście, w którym stanowią zdecydowaną większość, wreszcie zaczęli rządzić?

Miejsce urodzenia kandydata nie powinno mieć wpływu na to, na kogo się głosuje. Na kandydatów Partii Demokratycznej ja nie oddam głosu, ponieważ nie popieram polityki burmistrza Wargackiego. To, że pan Pawluczuk urodził się w Polsce, a pan Kruk wreszcie zaczął przyznawać się do pochodzenia polskiego – nie jest dla mnie wystarczającym argumentem. Głosując na nich popiera się to, co mamy w mieście od 20 lat. Obecna administracja tak zaniedbała Wallington, że potrzeba lat, żeby wszystko wyprostować.

Dlatego zdecydowała się pani na udział w wyborach? Czy rodzina miała jakiś wpływ na tę decyzję?

Poproszono mnie abym startowała w tych wyborach, co jest dla mnie zaszczytem, gdyż spośród ponad 12 tysięcy mieszkańców Partia Repulikańska wytypowała moją kandydaturę. Mąż jak najbardziej mnie poparł. A dzieci są bardzo dumne, że ich mama będzie startować w wyborach. Moje dzieci tutaj się urodziły i wychowały, więc patrzą na to innym okiem. Moja córka nie mogła się doczekać kiedy skończy 18 lat, aby móc głosować.

Startuje pani jako kandydatka Partii Republikańskiej, obok Kevina O’Reilly oraz Kena Kantera, który chce objąć fotel burmistrza. Czy uważa pani, że macie szanse pokonać trójkę kandydatów Partii Demokratycznej, wśród których jest dwóch Polaków?

Oczywiście. Kiedy chodzimy od domu do domu ludzie witają nas z otwartymi rękami i cieszą się, że wreszcie Partia Republikańska wystawiła ludzi, którzy są gotowi stawić czoła obecnemu burmistrzowi i jego poplecznikom. Mamy ogromne poparcie. Niemal każdy ma już dosyć rządów Waltera Wargackiego, który – w opinii mieszkańców – dba przede wszystkim o siebie i swoich kolegów. Tracąc poparcie, posuwa się do “brudnej polityki”, której ludzie nie lubią. Każdy chce natomiast wiedzieć, co dany kandydat zamierza zrobić dla miasta.

Idziecie do wyborów z hasłem: “The team you can trust to lead Wallington”. Hasło jest niewątpliwie chwytliwe, ale dlaczego mieszkańcy właśnie wam powinni zaufać?

Gdy dowiedziałam się, że Ken startuje na burmistrza – nie miałam wątpliwości, że to dobra decyzja. Ken i Kevin podzielają moje zdanie, że nic nie jest ważniejsze od dobra WSZYSTKICH rezydentów miasta, a nie tylko niektórych z nich. Wspólnie chcemy prowadzić otwartą i uczciwą politykę opartą na bliskiej współpracy z mieszkańcami. Chcemy, żeby prawo było takie samo dla każdego, żeby Wallington stał się przyjaznym miastem dla mieszkańców. Kto mieszka w Wallington wie, jaki to jest koszmar, gdy chce się tutaj coś załatwić, a nie ma się znajomości. Tak nie powinno być! Czas skończyć z kumoterstwem.

Jeśli zostaniecie wybrani, dołączycie do dwójki republikanów w radzie, czyli Chrisa Sinisi i Celiny Urbankowskiej. To by oznaczało, że republikanie mieliby wówczas niemal pełnię władzy w mieście. Co jest – pani zdaniem – najpilniejsze do zrobienia? Czy są to cięcia podatków?

– Jeżeli moja grupa by wygrała to byłyby to historyczne wybory, gdyż władza przeszłaby w ręce republikanów. Odkąd Wallington istnieje, władza jest w rękach demokratów. Fakty mówią same za siebie – wystarczy przejechać się ulicami miasta, zobaczyć stan budynków czy szkół…

Według mnie powinniśmy przede wszystkim zrobić audyt, żebyśmy wiedzieli co się działo z naszymi podatkami, na co poszły pieniądze i jaka jest sytuacja finansowa miasta. Musimy zacząć od czystego konta, bo – według mnie – spadliśmy już na dno i teraz trzeba się od niego odbić. Zajmie to na pewno trochę czasu, ale wierzę, że można iść małymi kroczkami do przodu. Mamy bardzo dużo pomysłów na to, żeby mieszkańcy zaczęli wreszcie odczuwać, że płacą podatki i coś z tego wynika.

Dolna część Wallingtonu ma ogromny problem z parkowaniem samochodów – tak dalej być nie może. Ludzie płacą podatki za swoje domy i niejednokrotnie muszą parkować kilka ulic od domu. Nie widzę też potrzeby przeparkowywania aut na ulicach z powodu sprzątania, bo tak naprawdę nikt ich nie sprząta, a policjanci wlepiają ludziom mandaty. Trzeba się przyjrzeć ulicom – kiedy chodziliśmy w ramach kampanii przedwyborczej po domach, ludzie skarżyli się, że ich ulice nie były remontowane od… 40 lat.

Cięcie podatków to jest ulubione hasło wyborcze, niemal każdy to obiecuje żeby zdobyć głosy. My tego nie obiecujemy, bo najpierw musimy zobaczyć, jaki jest stan finansów miasta. Należy inwestować w miasto, bo wtedy stanie się atrakcyjniejsze i ceny domów pójdą w górę – na czym każdy z nas skorzysta. Druga – według mnie – pilna sprawa: trzeba zwolnić niekompetentnych pracowników, których decyzje i działania dołują miasto finansowo i moralnie.

Kadencja w radzie trwa trzy lata. Co chciałaby pani w tym czasie zmienić w mieście, gdyby pani start w wyborach zakończył się sukcesem?

Wychowuję dzieci w Wallington, dlatego dokładnie rozumiem sfrustrowanych rodziców, którzy twierdzą, że nie ma tutaj nic dla dzieci, które chcą uprawiać sport. Od lat włączam się w starania o nowy budynek dla miejskiej biblioteki. To wstyd, żebyśmy nie mieli porządnej biblioteki. Biblioteka jest w miejscu, które dostała na tymczasową siedzibę – i tymczasowość trwa już 40 lat. Nie ma tam miejsca na nowe książki, komputery czy różnorodne programy, które można by organizować dla wszystkich grup wiekowych. Mimo pism i próśb zarządu biblioteki, rozmów z burmistrzem i radnymi – nic się nie zmieniło. Wallington nie ma klubu dla dzieci, nie ma basenu, parki są zaniedbane, połamane ławki i ślizgawki. Chciałabym, aby Polacy przychodzili na zebrania organizowane w urzędzie miasta raz w miesiącu, mówili o swoich problemach, dzielili się pomysłami na poprawię warunków życia – słowem, aby mieli swój udział w rządzeniu miastem. Do tej pory, jak widzę, jestem jedyną Polką, która uczestniczy w tych zebraniach, która zadaje pytania i kwestionuje decyzje władz.

W jaki sposób stara się pani pozyskać głosy rodaków?

Zabiegam o głosy wszystkich mieszkańców, nie robię wyjątków. Mam nadzieję, że skoro mieszkam ponad 20 lat w Wallington, rodacy mnie znają. Nie siedzę w domu tylko wychodzę do ludzi, działam w różnych organizacjach. Gdy ktoś potrzebuje pomocy zawsze może na mnie liczyć. Mój adres i telefon jest w książce telefonicznej.

Czy w przypadku, kiedy we władzach miasta będzie zasiadać więcej Polaków, rodakom mieszkającym w Wallington będzie łatwiej załatwić wszelkie sprawy, czyli innymi słowy – czy będzie im bliżej do władzy?

Nie chciałabym żeby Polacy startujący z burmistrzem Wargackim zasiedli w radzie miasta, bo to będzie ciąg dalszy jego polityki. Nie wydaje mi się, aby kandydaci Partii Demokratycznej mieli na uwadze dobro rodaków, gdyż ani jednego, ani drugiego nie widziałam podczas sierpniowej powodzi. Żaden z nich mnie nie poparł, kiedy zaproponowałam, aby władze miasta podawały komunikaty – w nagłych sytuacjach, na przykład powodzi – także po polsku. Gdy burmistrz Wargacki na to mi odpowiedzial, że “tutaj jest Ameryka i mówi się po angielsku”, to oni pierwsi bili mu brawo.

Nie boi się pani tego startu w wyborach i – ewentualnego – sukcesu? Przecież wówczas spadnie na panią duża odpowiedzialność za losy tylu ludzi w tym mieście…

Nie boję się, wręcz przeciwnie – liczę sukces mojego zespołu. Gdy dołączymy do Chrisa i Celiny to będziemy mieć 5 głosów, które – bardzo w to wierzę – będą oddawane z troską o wszystkich mieszkańców Wallington. Jestem gotowa na to wyzwanie, bo nie mogę już patrzeć na to, co się dzieje w mieście. Czas na zmiany! Liczę na to, że moi rodacy wezmą czynny udział w wyborach i poprą tych, którzy chcą zmian na lepsze.

Opublikowano: Piątek 04 listopada 2011

http://www.dziennik.com/publicystyka/artykul/trzeba-odbic-sie-od-dna

Speak Your Mind

*